piątek, 13 stycznia 2012

(6)„w szaleństwie moim odnalazłem zarazem i wolność i bezpieczeństwo. Wolność samotności i bezpieczeństwo niezrozumienia.”


Październik zbliżał się wielkimi krokami. Rodzice nareszcie powoli zapomnieli o moim “wypadku w wielkim mieście”. I całe szczęście bo pierwsze dni po wyjściu ze szpitala były nie do zniesienia. Skakali wkoło mnie jakbym była niedorozwinięta. Nie lubiłam tego. Ale najbardziej wkurzało mnie to, że próbowali mnie namówić do rezygnacji ze studiów, że niby sobie nie poradzę sama w Warszawie. To był szczyt wszystkiego po prostu. Gdy pierwszy raz mama mi to zaproponowała to myślałam że wpadnę w hiperwentylacje albo dostanę zawału. Chociaż w sumie nie… nie to było najgorsze. Poza tym, na siłę starali się zrobić ze mnie wariatkę! Zapisali mnie do psychiatry, który usilnie wmawiał mi , ze Igor to wytwór mojej zbolałej wyobraźni powstały w wyniku traumatycznych przeżyć. Gówno prawda i tyle. Kazał mi łykać jakieś tabletki ale ja usilnie zakopywałam je w doniczce z fiołkiem. Na szczęście udało mi się przekonać rodziców, że najlepszą i jedyną receptą na moją zjechaną psychikę jest właśnie zatracenie się w nauce. Łyknęli to i dali mi spokój. Nawet z tym psychiatrą( no i dobrze bo fiołek nie wytrzymałby ani tabletki więcej).
         Wydawałoby się, że ta historia zakończyła się już i to całkiem szczęśliwie, ale ja nie potrafiłam znaleźć w sobie spokoju. Co wieczór leżąc w łóżku długo nie mogłam zasnąć starając się odtworzyć w pamięci tamto zdarzenie jak najdokładniej. Niestety moje  wspomnienia nie były zbyt dokładne. W mojej głowie było mnóstwo luk. Wiele rzeczy nie pasowało mi do tej układanki. Czemu nikt nie widział Igora? Gdzie on się podział? Przecież nie rozpłynął się w powietrzu do cholery! Skąd ten chłopak, który mnie uratował tyle o mnie wiedział? I w jaki sposób wyciągnął mnie spod samochodu? Przecież widziałam jak czarne auto zbliżało się do mnie szybko…On musiał być! Nie wymyśliłam go sobie! Przecież nie jestem wariatką! Chociaż... z drugiej strony... czy wariaci zdają sobie sprawę ze swojego szaleństwa?
         Dzisiaj też zajmowałam się przypominaniem sobie szczegółów i wyobrażaniem sobie Igora… Miałam nadzieję że coś z tej znajomości wyjdzie… przyznam, że udało mu się zauroczyć mnie. Przyprawić o drżenie mięśni i motylki w brzuchu… a tu nagle facet rozpływa się w powietrzu a cały świat twierdzi że nie istnieje. UGH!!! Tylko mnie mogło spotkać coś takiego.
Nie byłam jeszcze senna , a myślenie o wypadku zaczęło już mnie irytować, więc okryłam się szczelniej kocem, oparłam o ścianę i wzięłam do ręki ulubioną książkę “Weronika postanawia umrzeć‘ Paolo Coelho . Czytałam ją już miliony razy ale i tak mnie zachwycała. Odnalezienie miłości po próbie samobójczej to coś o wiele lepszego niż przewidywalne i lekkie romansidło. Miłość można znaleźć wszędzie, w każdej chwili życia, nawet gdy myślimy że to życie się kończy. Miłość zawsze nas dopadnie. Choćby w szpitalu psychiatrycznym. Miłość Weroniki była taka inna… niesamowita. Piękna. A teraz była mi jeszcze bardziej bliska, w końcu prawie wylądowałam w wariatkowie.
-puk puk- mama stała w drzwiach, oparta o framugę i pukała w przestrzeń. Miała na sobie długą niebieska koszulę nocną i biały szlafrok. Usiadłam na łóżku i uśmiechnęłam się.
-można?
-jasne- odparłam klepiąc łóżko w miejscu w którym mogła usiąść.
- co czytasz?
- ymm. Weronika postanawia umrzeć…
Mama zrobiła tą jedna ze swoich min z cyklu “ jakby tu zacząć’. Zmarszczyła brwi, zmrużyła oczy przygryzła dolna wargę. Odgarnęła kosmyk krótkich włosów za ucho. Zauważyłam jak skubie troczek od szlafroka
-Mamo?- spytałam ponaglająco ale w odpowiedzi moja rodzicielka uniosła tylko brwi.
- przyszłaś tu poskubać szlafrok?- spytałam drwiąco
-Sara. To nie jest dla mnie taki łatwe
Nie lubiłam tego tonu. Mama była zdenerwowana i poważna a to mi się nie podobało.. Przez myśl przeszło mi wiele powodów dla których mogłaby wszczynać poważną rozmowę. Ale jeszcze nie zaczął się rok szkolny wiec rozmowy o ocenach nie brałam pod uwagę. Nie przeskrobałam nic ostatnio wiec temat dobrego wychowania tez odpada. Zaczęłam intensywnie myśleć starając się przypomnieć co może powodować taki stan rzeczy… hmm.. Co się ostatnio stało…
- o nie! Tylko nie to!- zerwałam się na równe nogi gdy tylko domyśliłam się co się może święcić- Ja nie chce żadnego rozwodu, żadnej szarpaniny, żadnego mówienia czy wole mamusie czy tatusia. Nie i już. - mama była zdumiona, siedziała z otwartą buzią, ale nie przerywała mojego monologu, więc zachęcona kontynuowałam. - Mamo, pomyśl. Jesteście razem tyle lat. Może nie powinniście tego od razu tak przekreślać. Może ..hmm.. No nie wiem.. Terapia małżeńska?- spytałam z nadzieją choć przez to wszystko z trudem nabierałam powietrze. Położyłam rękę na mokre od potu czoło, oparłam się o ścianę i osunęłam na podłogę. Zamknęłam oczy i starałam się oddychać głęboko, powoli wciągając powietrze przez nos. W pokoju było cicho, słychać było tylko trzepotanie mojego oszalałego serca. Ale mama zamiast potraktować mnie poważnie roześmiała się tylko.
-Wariatko mała. Ja i tata mamy się dobrze. Ani mi się śni rozwodzić Żabko. Kocham twojego tatusia, spokojnie. Nie o tym chciałam rozmawiać.
Mama znów zmarszczyła brwi. Ja już się wolałam nie odzywać. Nie chciałam popełnić kolejnej gafy. Siedziałam więc grzecznie i czekałam na ciąg dalszy
-Saruś… Od tamtego wydarzenia minęło już trochę czasu… może powinnaś już o tym zapomnieć… zacząć umawiać się z chłopakami.. No.. Wiesz, chodzić na randki… Nie można żyć ciągle przeszłością skarbie. Musisz wreszcie komuś zaufać. Wiem że jesteś blisko z Filipem. To naprawdę miły chłopak, może powinnaś spojrzeć na niego nie tylko jak na przyjaciela?- mama ostrożnie dobierała słowa starając się by mnie niczym nie urazić ale i tak rozzłościła mnie. Ach ta jej słabość do Fila.
-mamo! - wrzasnęłam i znów wstałam.- nie chce żadnych randek. Nie chce żadnych chłopaków. Nie chce nic. To nie dla mnie. Ale jak spotkam tego księcia na białym koniu to na pewno dam Ci znać.
Wyszłam na balkon. Nocne, chłodne powietrze rozwiało mi włosy i otrzeźwiło mnie trochę. Słyszałam jak mama wychodzi z pokoju szepcząc
-śpij dobrze kochanie.
Spojrzałam w niebo i dostrzegłam spadającą gwiazdę. Uśmiechnęłam się i przymknęłam powieki. Wiatr zawiał mocniej.
Zadrżałam, ale nie z zimna…
miałam wrażenie że w jego szumie
usłyszałam głos…
Znajomy głos

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz