piątek, 13 stycznia 2012

(5) „Zaskoczenie jest wtedy, gdy oczekujemy trzech różnych możliwości, a przytrafia się czwarta.”

http://w795.wrzuta.pl/audio/2O9vFv0qPlm/anna_jantar_-_tyle_slonca_w_calym_miescie


Kolejny dzień powitał mnie wreszcie tak upragnionym słońcem. No dobra, może trochę podkoloryzowałam, ale wreszcie przestało padać a bure chmury przetarły się nieco. Ubrałam się szybciej niż zwykle i w radosnych podskokach pobiegłam do kuchni. Nalałam do małej, czarnej miseczki mleka, wzięłam paczkę chrupek i usiadłam przy stole nucąc “Tyle słońca w całym mieście”. Ale niestety w dzieciństwie chyba słoń nadepnął mi na ucho więc nie brzmiało to tak jak powinno.
-Saruś, a ty znów te chrupki?- mama pokręciła z niedowierzaniem głową i zmarszczyła nos. Przyglądałam jej się uważnie i dopiero wtedy dostrzegłam, że w kącikach jej oczu pojawiły się już kurze łapki- że też ci to jeszcze nie zbrzydło…
W odpowiedzi ostentacyjnie wepchnęłam sobie pełną łyżkę do buzi i zamruczałam robiąc zadowoloną minę.
-Dziecko, to jedzenie dla dwulatka, może zrobię ci coś pożywnego?
Mama nie pracowała, zajmowała się domem a jej ulubionym zajęciem było dokarmianie mnie i taty. Ciągle jej się zdawało że jesteśmy niedożywieni, więc szykowała takie porcje obiadu , które dziesięciokrotnie przekraczały pojemność mojego żołądka.
-Nie mamuś, dzięki, nie trzeba- wysepleniłam z buzią pełną czekoladowych kuleczek, zwracając szczególną uwagę by żaden chrupek nie wypadł mi z ust.
-Sara, jak nie będziesz jadła to znikniesz- zagroziła mama robiąc zatroskaną minę. Miękkie, krótkie loki opadły jej na oczy. Po chwili milczenia dodała niemal błagalnie.- może zrobię ci kanapeczkę? Z nutelką? Jedną?
-Mamo! -krzyknęłam myjąc już miskę przy zlewie- przecież właśnie zjadłam, nie jestem już głodna. Zresztą, muszę już lecieć. Dziś rano przyszły wyniki rekrutacji i… dostałam się!!! Muszę tylko złożyć potrzebne dokumenty.
-Gratuluje kochanie. –mama uściskała mnie i cmoknęła w policzek gdy stałam jeszce przy zlewie
- No leć, tylko uważaj na siebie skarbie. I może zjedz coś na mieście. A i nie rozmawiaj z nikim.
-dobrze mamuś. Pa! – krzyknęłam ruszajac w stronę drzwi
- i uważaj na pasach!
Odwróciłam się lekko, trzymajac już jedną dłoń na klamce.
-A co? Grozisz mi?
Mama pokręciła lekko glową uśmiechajac się pod nose.
         Eh, mama była bardzo nadopiekuńcza, ciągle trzymała mnie pod kloszem, a od tego nieszczęsnego zdarzenia, które miało miejsce trzy lata temu zrobiła się wprost nie do zniesienia. Było lato, ale chłodne powietrze rozwiało mi włosy. Odgarnęłam niesforny kosmyk z twarzy i owinęłam się ciaśniej ramionami aby nie zmarznąć jeszcze bardziej. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę przystanku napawając się kilkoma ciepłymi promieniami słońca.

         Warszawa mnie przerażała. Czułam się w niej jak malutka, zagubiona i przerażona mróweczka wśród stada słoni. Ludzie w tym mieście wydawali mi się niemili, zadufani w sobie, tak zajęci swoimi sprawami, że widzą tylko czubek własnego nosa. Miałam wrażenie, ze gdyby ktoś napadł mnie tu, na ulicy pełnej ludzi, nikt by mi nie pomógł. Ba, większość pewnie nawet by nie zauważyła. Ruszyłam dzielnie przed siebie starając się by nikt z tych pędzących  ludzi mnie nie staranował ani nie wepchnął przez przypadek pod samochód.
         Uczelnia też porażała mnie swoim ogromem. Stanęłam przed olbrzymi budynkiem i niepewnie pchnęłam drzwi. Trochę błądziłam w labiryncie korytarzy, a nawet potknęłam się na dłuuugich schodach i stłukłam kolano. Zawsze byłam niezdarą. Mogłabym uczyć ludzi w jaki sposób rozlać wszystko co niosę, potknąć się na prostej powierzchni, zgubić się w supermakecie czy złamać nogę spadając z krawężnika. Cała ja. Gapa. Ale wreszcie, po wielu próbach odnalazłam odpowiedni pokój i załatwiłam wszystkie papierkowe formalności. Byłam już oficjalnie studentką pierwszego roku na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Przed państwem przyszła pani pediatra.
         Szłam szerokim chodnikiem zastanawiając się w którą właściwie stronę powinnam się teraz udać, żeby dojść do autobusu. Miałam kiepską orientację w terenie więc była to dla mnie nie lada zagadka. Rozpogodziło się trochę. Czułam jak ciepłe promienie igrają na moich cienkich włosach fruwających swobodnie za mną. Było tak ciepło, że aż rozpięłam sweterek pod którym miałam ulubioną, niebieską bluzkę z dekoltem w serek. Czułam się prawie szczęśliwa tak spacerując po tym wielkim, obcym mieście…
ŁUBUDUBU
Odbiłam się od kogoś i z impetem upadłam na pupę.
-Cholera, ale ze mnie niezdara- mruknęłam do siebie wstając i masując obolały zadek -przepraszam, nie chciałam, zagapiłam się i..
-Nic się nie stało proszę pani. Wszystko w porządku? Nie potłukła się pani za bardzo?
-pani?- zatkało mnie. Wyglądałam dość młodo jak na swój wiek. Ludzie zazwyczaj nie wierzyli gdy mówiłam że skończyłam już liceum i mam 19 lat… a tu nagle ktoś mówi do mnie na ‘pani’.
-coś nie tak powiedziałem?- podniosłam nieśmiało oczy i zobaczyłam eleganckiego, wysokiego i bardzo przystojnego chłopaka… niestety z wrażenia nie zwróciłam uwagi na kolor jego oczu ani włosów.
-ni, nie-wydukałam oblewając się purpurowym rumieńcem. Odgarnęłam włosy za ucho, zawsze tak robiłam gdy czułam się nieswojo. Zaschlo mi w gardle. Patrzyłam się w niego z tępą miną jak wół w malowane wrota.
- To dobrze- mężczyzna się uśmiechnął i spowodował pojawienie się kolejnego rumieńca- ale jest mi panienka coś winna  za to niespodziewane zderzenie.
Zamrugałam gwałtownie i otworzyłam buzię ze zdziwienia. ‘że co niby?’
-Mmm… myślę, że kawa będzie idealnym zadośćuczynieniem
         Speszyłam się i znów oblałam się rumieńcem. Właściwie to chyba cały czas miałam czerwone policzki. Czy on właśnie zaprosił mnie na randkę? Nie byłam do tego przyzwyczajona, od trzech lat raczej unikam mężczyzn. Poza Filem rzecz jasna, ale on to zupełnie inna bajka. To znaczy wiedziałam, że nie jestem brzydka. Często doświadczałam zainteresowania ze strony mężczyzn ale zazwyczaj skutecznie ich spławiałam.  Niektórzy twierdzili że się wywyższam i jestem nieczuła ale ja po prostu jestem nieśmiała… taka przeciętna szara myszka. Tak więc nie miałam za dużego doświadczenia w sprawach damsko-męskich.
-Jasne- odpowiedziałam gdy tylko odzyskałam władzę nad językiem- tylko…- znów odgarnęłam włosy za ucho i spojrzałam w bok- nie bardzo wiem gdzie… nie znam Warszawy
-Nie ma sprawy- mój współtowarzysz uśmiechnął się pogodnie unosząc delikatnie jeden kącik ust.  -Tak się składa, że kawałek stąd jest świetna kawiarnia. Parzą tam na prawdę wyśmienitą kawę.
W odpowiedzi skinęłam tylko głową i uśmiechnęłam się lekko, nie chciałam palnąć jakiegoś głupstwa jak to ja miałam w zwyczaju.
-Tak w ogóle, to jeśli pani pozwoli to Igor jestem- powiedział cmokając mnie w rękę.
-Sara- odparłam oszołomiona tak cicho że nie byłam pewna czy w ogóle mnie usłyszał.
         Szliśmy teraz razem w milczeniu. Uparcie wlepiałam wzrok w chodnik nie wiedząc co powiedzieć. Bałam się że jak na niego spojrzę znów się speszę i zarumienię. Przez chwilę zastanawiałam się czy się przypadkiem nie zakochałam… yyy, to znaczy czy się nie zauroczyłam bo na zakochanie to chyba trochę za wcześnie. Znałam go w końcu jakieś dziesięć minut. Nie wiedziałam co to jest miłość, ale przy nim czułam się dziwnie niespokojna, nieswoja. Peszył mnie. Chyba nawet teraz coś do mnie mówił ale ja jak zwykle myślami byłam w innym świecie na odległej planecie i takie tam. Jego słowa nie docierały do mojej świadomości, ale zorientowałam się że dochodzimy do bardzo ruchliwej ulicy i zapewne będziemy przez nią przechodzić.  Albo mi się wydawało albo na drugiej stronie stał znajomy Igora bo patrzył na nas… a właściwie na mnie z nienawiścią i kręcił głową... Ale chyba mi się tylko wydawało bo Igor uśmiechał się wesoło więc przestałam zwracać uwagi na tamtego chłopaka.
         Nagle wszystko potoczyło się tak strasznie szybko, ze chyba nawet nie zdążyłam mrugnąć. Światła. Ulica. Samochody. Pisk opon. Igor na jezdni. Czerwone światło. Krzyk kogoś na chodniku. Zagapił się i nie zatrzymał. Serce podskoczyło mi do gardła.  Żołądek wywrócił niespodziewanego koziołka a krew pulsowała mi w żyłach trzykrotnie szybciej od  zbyt dużej dawki adrenaliny. Niewiele myśląc wyskoczyłam za nim na ulicę. Rozglądałam się gorączkowo ale nigdzie go nie widziałam. “Czyżby już wpadł pod samochód?” przeszło mi na myśl i od razu zrobiło mi się niedobrze. Wszystko działo się w ułamku sekundy. Zobaczyłam czarny samochód który gwałtownie skręcił w bok aby nie zderzyć się z innym który właśnie mnie omijał. Skręcił w bok i jechał teraz prosto na mnie. Wiedziałam że nie zdążę już uciec. Z przerażenia moje serce przestało już chyba bić a ja wstrzymałam oddech. Na przemian uderzały mnie fale gorąca i zimna. Żołądek podszedł mi do góry. Czarna plama zbliżała się w niebezpiecznym tempie. Stałam nieruchomo z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi pięściami. Nie krzyczałam. W głowie przesuwały mi się obrazki z mojego krótkiego życia.
          Rodzice. Występy w przedszkolu. Konkurs recytatorski. Gimnazjum. Ten okropny dzień. Dotyk obrzydliwych łap tego faceta. Czyjś krzyk. Widok zwłok mojego oprawcy w kałuży krwi. Rozprawa sądowa. Terapia. Filip. Matura. Wczorajszy film. Dzisiejsza rozmowa z mamą…

         -Ma kilka siniaków i zadrapań, ale poza tym nic jej nie jest- usłyszałam dziwny głos jakby zza światów. ‘Nie żyje? Umarłam?’ Pomyślałam w pierwszym odruchu…
-Nazywa się Sara Godlewaska. Mieszka w Szulcach. Grupa krwi 0Rh+. Uczulona na sierść i orzechy. Już powiadomiłem jej rodzinę.- dźwięczny, melodyjny, lekko zachrypnięty baryton mówił powoli i wyraźnie, jakby chciał mieć pewność że informacje, które przekazuje dotrą do rozmówcy.
Zaraz, zaraz… to nie był głos Igora… Więc… czyj? I skąd tyle o mnie wiedział? Strasznie bolała mnie głowa a w uszach szumiało niemiłosiernie. Podniosłam rękę do góry chcąc dotknąć głowy i otworzyłam oczy. Chciałam usiąść ale czarno-biały świat wirował jak oszalały więc opadłam z jękiem na nosze.
- Ciii, spokojnie, miałaś wypadek. To znaczy prawie wpadłaś pod samochód ale uratowano cię, Już jesteś bezpieczna. Odpoczywaj. Twoi rodzice już jadą. Nie ruszaj się.- poinstruował mnie ratownik ubrany w czerwony kubrak i zwrócił się do kogoś innego stojącego za moja głową.
-Naprawdę nie mam pojęcia jak pan ją wyciągnął spod tego samochodu. Wszyscy świadkowie zgodnie twierdzą , że mała była już pod kołami a pan pojawił się z nikąd i ją wyciągnął.
-No oczywiście. Zapomnieli dodać że byłem ubrany w niebieski, obcisły, pedalski kombinezon z wielką czerwoną literą “S” na piersi, i miałem jeszcze czerwona pelerynę. Poza tym poruszałem się z prędkością światła poczym jednym palcem podniosłem samochód by spod jego kół uratować niewiastę.- chłopak, który to mówił roześmiał się, ale był to raczej nerwowy śmiech. Silił się wyraźnie na swobodny ton ale w jego aksamitnym głosie można było wyczuć nutkę zdenerwowania.
-A więc zawdzięczasz życie super bohaterowi- roześmiał się ratownik wstrzykując mi coś w ramię. Starałam się zobaczyć mojego wybawcę, ale przez kołnierz na szyi nie mogłam dostatecznie odchylić głowy by zobaczyć kto za mną stoi.. W zasięgu mojego wzroku znajdował się tylko ratownik.
-Ighor? -wychrypiałam, a słowa grzęzły mi w gardle. W ustach miałam Saharę, jakbym nie piła nic od tygodnia.
- Mariusz, do usług- uśmiechnął się ratownik i mrugnął do mnie porozumiewawczo.
-a Igor?
-Jaki Igor? To ktoś z twojej rodziny. jeśli tak to na pewno przyjedzie, nie martw się.
-Nie… nie. Ten chłopak który ze mną był. Za którym wybiegłam na ulicę. On się zagapił i ja..
Pan Mariusz przerwał bandażowanie mojej ręki, zrobił zmartwioną minę i przeniósł wzrok na kogoś stojącego za mną. Wziął głęboki wdech i powiedział
-nikogo z tobą nie było Saro. Byłaś sama. Tak twierdzą wszyscy świadkowie. Musiałaś uderzyć się w głowę.
-Jak to? A kierowcy? A ten chłopak co stał na drugiej stronie ulicy? On chyba znał Igora… Zagapił się i wyszedł na czerwonym, ja chciałam go tylko ratować
-Byłaś sama Saro-miękki, ciepły, lekko zachrypnięty głos pieścił moje uszy i mówił z takim przekonaniem że niemal uwierzyłam- Stałem naprzeciwko. Widziałem jak szłaś i nie zauważyłaś że zapaliło się czerwone.
Chciałam jeszcze zaprzeczyć ale wsadzono mnie do karetki. Spanikowani rodzice, którzy już dotarli na miejsce wypadku na zmianę wypytywali mnie i ratownika o mój stan. Kątem oka dostrzegłam wysokiego chłopaka, o czarnej, zmierzwionej czuprynie i niesamowicie ciemnych oczach. Był nie tylko wysoki ale sprawiał wrażenie niezwykle silnego. Miał wyraźnie zarysowane mięśnie, ale nie był napakowany, raczej wręcz szczupły. Podpisał jakieś papiery które podsunęła mu policja i odszedł. Widziałam jak z gracją, powoli znika w tłumie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz