Kolejny dzień powitał mnie wreszcie tak
upragnionym słońcem. No dobra, może trochę podkoloryzowałam, ale wreszcie
przestało padać a bure chmury przetarły się nieco. Ubrałam się szybciej niż
zwykle i w radosnych podskokach pobiegłam do kuchni. Nalałam do małej, czarnej
miseczki mleka, wzięłam paczkę chrupek i usiadłam przy stole nucąc “Tyle słońca
w całym mieście”. Ale niestety w dzieciństwie chyba słoń nadepnął mi na ucho
więc nie brzmiało to tak jak powinno.
-Saruś, a ty znów te chrupki?- mama
pokręciła z niedowierzaniem głową i zmarszczyła nos. Przyglądałam jej się
uważnie i dopiero wtedy dostrzegłam, że w kącikach jej oczu pojawiły się już
kurze łapki- że też ci to jeszcze nie zbrzydło…
W odpowiedzi ostentacyjnie wepchnęłam sobie
pełną łyżkę do buzi i zamruczałam robiąc zadowoloną minę.
-Dziecko, to jedzenie dla dwulatka, może
zrobię ci coś pożywnego?
Mama nie pracowała, zajmowała się domem a
jej ulubionym zajęciem było dokarmianie mnie i taty. Ciągle jej się zdawało że
jesteśmy niedożywieni, więc szykowała takie porcje obiadu , które
dziesięciokrotnie przekraczały pojemność mojego żołądka.
-Nie mamuś, dzięki, nie trzeba-
wysepleniłam z buzią pełną czekoladowych kuleczek, zwracając szczególną uwagę
by żaden chrupek nie wypadł mi z ust.
-Sara, jak nie będziesz jadła to
znikniesz- zagroziła mama robiąc zatroskaną minę. Miękkie, krótkie loki opadły
jej na oczy. Po chwili milczenia dodała niemal błagalnie.- może zrobię ci
kanapeczkę? Z nutelką? Jedną?
-Mamo! -krzyknęłam myjąc już miskę przy
zlewie- przecież właśnie zjadłam, nie jestem już głodna. Zresztą, muszę już
lecieć. Dziś rano przyszły wyniki rekrutacji i… dostałam się!!! Muszę tylko
złożyć potrzebne dokumenty.
-Gratuluje kochanie. –mama uściskała mnie
i cmoknęła w policzek gdy stałam jeszce przy zlewie
- No leć, tylko uważaj na siebie skarbie.
I może zjedz coś na mieście. A i nie rozmawiaj z nikim.
-dobrze mamuś. Pa! – krzyknęłam ruszajac
w stronę drzwi
- i uważaj na pasach!
Odwróciłam się lekko, trzymajac już jedną
dłoń na klamce.
-A co? Grozisz mi?
Mama pokręciła lekko glową uśmiechajac
się pod nose.
Eh,
mama była bardzo nadopiekuńcza, ciągle trzymała mnie pod kloszem, a od tego nieszczęsnego
zdarzenia, które miało miejsce trzy lata temu zrobiła się wprost nie do
zniesienia. Było lato, ale chłodne powietrze rozwiało mi włosy. Odgarnęłam
niesforny kosmyk z twarzy i owinęłam się ciaśniej ramionami aby nie zmarznąć
jeszcze bardziej. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę przystanku napawając się
kilkoma ciepłymi promieniami słońca.
Warszawa
mnie przerażała. Czułam się w niej jak malutka, zagubiona i przerażona
mróweczka wśród stada słoni. Ludzie w tym mieście wydawali mi się niemili,
zadufani w sobie, tak zajęci swoimi sprawami, że widzą tylko czubek własnego
nosa. Miałam wrażenie, ze gdyby ktoś napadł mnie tu, na ulicy pełnej ludzi,
nikt by mi nie pomógł. Ba, większość pewnie nawet by nie zauważyła. Ruszyłam
dzielnie przed siebie starając się by nikt z tych pędzących ludzi mnie nie staranował ani nie wepchnął
przez przypadek pod samochód.
Uczelnia
też porażała mnie swoim ogromem. Stanęłam przed olbrzymi budynkiem i niepewnie
pchnęłam drzwi. Trochę błądziłam w labiryncie korytarzy, a nawet potknęłam się
na dłuuugich schodach i stłukłam kolano. Zawsze byłam niezdarą. Mogłabym uczyć
ludzi w jaki sposób rozlać wszystko co niosę, potknąć się na prostej
powierzchni, zgubić się w supermakecie czy złamać nogę spadając z krawężnika.
Cała ja. Gapa. Ale wreszcie, po wielu próbach odnalazłam odpowiedni pokój i
załatwiłam wszystkie papierkowe formalności. Byłam już oficjalnie studentką
pierwszego roku na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Przed państwem przyszła
pani pediatra.
Szłam
szerokim chodnikiem zastanawiając się w którą właściwie stronę powinnam się
teraz udać, żeby dojść do autobusu. Miałam kiepską orientację w terenie więc
była to dla mnie nie lada zagadka. Rozpogodziło się trochę. Czułam jak ciepłe
promienie igrają na moich cienkich włosach fruwających swobodnie za mną. Było
tak ciepło, że aż rozpięłam sweterek pod którym miałam ulubioną, niebieską
bluzkę z dekoltem w serek. Czułam się prawie szczęśliwa tak spacerując po tym
wielkim, obcym mieście…
ŁUBUDUBU
Odbiłam się od kogoś i z impetem upadłam
na pupę.
-Cholera, ale ze mnie niezdara- mruknęłam
do siebie wstając i masując obolały zadek -przepraszam, nie chciałam, zagapiłam
się i..
-Nic się nie stało proszę pani. Wszystko
w porządku? Nie potłukła się pani za bardzo?
-pani?- zatkało mnie. Wyglądałam dość
młodo jak na swój wiek. Ludzie zazwyczaj nie wierzyli gdy mówiłam że skończyłam
już liceum i mam 19 lat… a tu nagle ktoś mówi do mnie na ‘pani’.
-coś nie tak powiedziałem?- podniosłam
nieśmiało oczy i zobaczyłam eleganckiego, wysokiego i bardzo przystojnego
chłopaka… niestety z wrażenia nie zwróciłam uwagi na kolor jego oczu ani
włosów.
-ni, nie-wydukałam oblewając się
purpurowym rumieńcem. Odgarnęłam włosy za ucho, zawsze tak robiłam gdy czułam
się nieswojo. Zaschlo mi w gardle. Patrzyłam się w niego z tępą miną jak wół w
malowane wrota.
- To dobrze- mężczyzna się uśmiechnął i
spowodował pojawienie się kolejnego rumieńca- ale jest mi panienka coś
winna za to niespodziewane zderzenie.
Zamrugałam gwałtownie i otworzyłam buzię
ze zdziwienia. ‘że co niby?’
-Mmm… myślę, że kawa będzie idealnym
zadośćuczynieniem
Speszyłam
się i znów oblałam się rumieńcem. Właściwie to chyba cały czas miałam czerwone
policzki. Czy on właśnie zaprosił mnie na randkę? Nie byłam do tego
przyzwyczajona, od trzech lat raczej unikam mężczyzn. Poza Filem rzecz jasna,
ale on to zupełnie inna bajka. To znaczy wiedziałam, że nie jestem brzydka.
Często doświadczałam zainteresowania ze strony mężczyzn ale zazwyczaj
skutecznie ich spławiałam. Niektórzy
twierdzili że się wywyższam i jestem nieczuła ale ja po prostu jestem nieśmiała…
taka przeciętna szara myszka. Tak więc nie miałam za dużego doświadczenia w
sprawach damsko-męskich.
-Jasne- odpowiedziałam gdy tylko
odzyskałam władzę nad językiem- tylko…- znów odgarnęłam włosy za ucho i
spojrzałam w bok- nie bardzo wiem gdzie… nie znam Warszawy
-Nie ma sprawy- mój współtowarzysz uśmiechnął się pogodnie unosząc delikatnie jeden kącik ust. -Tak się składa, że kawałek stąd jest świetna kawiarnia. Parzą tam na prawdę wyśmienitą kawę.
-Nie ma sprawy- mój współtowarzysz uśmiechnął się pogodnie unosząc delikatnie jeden kącik ust. -Tak się składa, że kawałek stąd jest świetna kawiarnia. Parzą tam na prawdę wyśmienitą kawę.
W odpowiedzi skinęłam tylko głową i
uśmiechnęłam się lekko, nie chciałam palnąć jakiegoś głupstwa jak to ja miałam
w zwyczaju.
-Tak w ogóle, to jeśli pani pozwoli to
Igor jestem- powiedział cmokając mnie w rękę.
-Sara- odparłam oszołomiona tak cicho że
nie byłam pewna czy w ogóle mnie usłyszał.
Szliśmy
teraz razem w milczeniu. Uparcie wlepiałam wzrok w chodnik nie wiedząc co
powiedzieć. Bałam się że jak na niego spojrzę znów się speszę i zarumienię.
Przez chwilę zastanawiałam się czy się przypadkiem nie zakochałam… yyy, to
znaczy czy się nie zauroczyłam bo na zakochanie to chyba trochę za wcześnie.
Znałam go w końcu jakieś dziesięć minut. Nie wiedziałam co to jest miłość, ale
przy nim czułam się dziwnie niespokojna, nieswoja. Peszył mnie. Chyba nawet
teraz coś do mnie mówił ale ja jak zwykle myślami byłam w innym świecie na
odległej planecie i takie tam. Jego słowa nie docierały do mojej świadomości,
ale zorientowałam się że dochodzimy do bardzo ruchliwej ulicy i zapewne
będziemy przez nią przechodzić. Albo mi
się wydawało albo na drugiej stronie stał znajomy Igora bo patrzył na nas… a
właściwie na mnie z nienawiścią i kręcił głową... Ale chyba mi się tylko
wydawało bo Igor uśmiechał się wesoło więc przestałam zwracać uwagi na tamtego
chłopaka.
Nagle
wszystko potoczyło się tak strasznie szybko, ze chyba nawet nie zdążyłam
mrugnąć. Światła. Ulica. Samochody. Pisk opon. Igor na jezdni. Czerwone
światło. Krzyk kogoś na chodniku. Zagapił się i nie zatrzymał. Serce
podskoczyło mi do gardła. Żołądek
wywrócił niespodziewanego koziołka a krew pulsowała mi w żyłach trzykrotnie
szybciej od zbyt dużej dawki adrenaliny.
Niewiele myśląc wyskoczyłam za nim na ulicę. Rozglądałam się gorączkowo ale
nigdzie go nie widziałam. “Czyżby już wpadł pod samochód?” przeszło mi na myśl
i od razu zrobiło mi się niedobrze. Wszystko działo się w ułamku sekundy. Zobaczyłam
czarny samochód który gwałtownie skręcił w bok aby nie zderzyć się z innym
który właśnie mnie omijał. Skręcił w bok i jechał teraz prosto na mnie.
Wiedziałam że nie zdążę już uciec. Z przerażenia moje serce przestało już chyba
bić a ja wstrzymałam oddech. Na przemian uderzały mnie fale gorąca i zimna.
Żołądek podszedł mi do góry. Czarna plama zbliżała się w niebezpiecznym tempie.
Stałam nieruchomo z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi pięściami. Nie
krzyczałam. W głowie przesuwały mi się obrazki z mojego krótkiego życia.
Rodzice. Występy w przedszkolu. Konkurs
recytatorski. Gimnazjum. Ten okropny dzień. Dotyk obrzydliwych łap tego faceta.
Czyjś krzyk. Widok zwłok mojego oprawcy w kałuży krwi. Rozprawa sądowa. Terapia.
Filip. Matura. Wczorajszy film. Dzisiejsza rozmowa z mamą…
-Ma
kilka siniaków i zadrapań, ale poza tym nic jej nie jest- usłyszałam dziwny
głos jakby zza światów. ‘Nie żyje? Umarłam?’ Pomyślałam w pierwszym odruchu…
-Nazywa się Sara Godlewaska. Mieszka w
Szulcach. Grupa krwi 0Rh+. Uczulona na sierść i orzechy. Już powiadomiłem jej
rodzinę.- dźwięczny, melodyjny, lekko zachrypnięty baryton mówił powoli i
wyraźnie, jakby chciał mieć pewność że informacje, które przekazuje dotrą do
rozmówcy.
Zaraz, zaraz… to nie był głos Igora…
Więc… czyj? I skąd tyle o mnie wiedział? Strasznie bolała mnie głowa a w uszach
szumiało niemiłosiernie. Podniosłam rękę do góry chcąc dotknąć głowy i
otworzyłam oczy. Chciałam usiąść ale czarno-biały świat wirował jak oszalały
więc opadłam z jękiem na nosze.
- Ciii, spokojnie, miałaś wypadek. To
znaczy prawie wpadłaś pod samochód ale uratowano cię, Już jesteś bezpieczna.
Odpoczywaj. Twoi rodzice już jadą. Nie ruszaj się.- poinstruował mnie ratownik
ubrany w czerwony kubrak i zwrócił się do kogoś innego stojącego za moja głową.
-Naprawdę nie mam pojęcia jak pan ją
wyciągnął spod tego samochodu. Wszyscy świadkowie zgodnie twierdzą , że mała
była już pod kołami a pan pojawił się z nikąd i ją wyciągnął.
-No oczywiście. Zapomnieli dodać że byłem
ubrany w niebieski, obcisły, pedalski kombinezon z wielką czerwoną literą “S”
na piersi, i miałem jeszcze czerwona pelerynę. Poza tym poruszałem się z
prędkością światła poczym jednym palcem podniosłem samochód by spod jego kół
uratować niewiastę.- chłopak, który to mówił roześmiał się, ale był to raczej
nerwowy śmiech. Silił się wyraźnie na swobodny ton ale w jego aksamitnym głosie
można było wyczuć nutkę zdenerwowania.
-A więc zawdzięczasz życie super
bohaterowi- roześmiał się ratownik wstrzykując mi coś w ramię. Starałam się
zobaczyć mojego wybawcę, ale przez kołnierz na szyi nie mogłam dostatecznie
odchylić głowy by zobaczyć kto za mną stoi.. W zasięgu mojego wzroku znajdował
się tylko ratownik.
-Ighor? -wychrypiałam, a słowa grzęzły mi
w gardle. W ustach miałam Saharę, jakbym nie piła nic od tygodnia.
- Mariusz, do usług- uśmiechnął się
ratownik i mrugnął do mnie porozumiewawczo.
-a Igor?
-Jaki Igor? To ktoś z twojej rodziny.
jeśli tak to na pewno przyjedzie, nie martw się.
-Nie… nie. Ten chłopak który ze mną był.
Za którym wybiegłam na ulicę. On się zagapił i ja..
Pan Mariusz przerwał bandażowanie mojej
ręki, zrobił zmartwioną minę i przeniósł wzrok na kogoś stojącego za mną. Wziął
głęboki wdech i powiedział
-nikogo z tobą nie było Saro. Byłaś sama.
Tak twierdzą wszyscy świadkowie. Musiałaś uderzyć się w głowę.
-Jak to? A kierowcy? A ten chłopak co
stał na drugiej stronie ulicy? On chyba znał Igora… Zagapił się i wyszedł na
czerwonym, ja chciałam go tylko ratować
-Byłaś sama Saro-miękki, ciepły, lekko
zachrypnięty głos pieścił moje uszy i mówił z takim przekonaniem że niemal
uwierzyłam- Stałem naprzeciwko. Widziałem jak szłaś i nie zauważyłaś że
zapaliło się czerwone.
Chciałam jeszcze zaprzeczyć ale wsadzono
mnie do karetki. Spanikowani rodzice, którzy już dotarli na miejsce wypadku na
zmianę wypytywali mnie i ratownika o mój stan. Kątem oka dostrzegłam wysokiego
chłopaka, o czarnej, zmierzwionej czuprynie i niesamowicie ciemnych oczach. Był
nie tylko wysoki ale sprawiał wrażenie niezwykle silnego. Miał wyraźnie
zarysowane mięśnie, ale nie był napakowany, raczej wręcz szczupły. Podpisał
jakieś papiery które podsunęła mu policja i odszedł. Widziałam jak z gracją,
powoli znika w tłumie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz