niedziela, 15 stycznia 2012

(7)„Przypadkowe spotkanie jest czymś najmniej przypadkowym w naszym życiu”


Kilka dni później zaczął się rok szkolny. A właściwie akademicki. Już kilka dni na studiach przeżyłam .I teraz, w drodze na dokładnie piąty dzień na uczelni jak zwykle towarzyszył mi Filip, który też studiował medycynę, tyle że był już na czwartym roku i Klara, jego siostra ,która była moją rówieśniczką i studiowała stomatologię, Klara była jednocześnie moją przyjaciółką i choć miała możliwość mieszkania z braćmi(Filipem i Darkiem- najstarszym z rodzeństwa, który pracował w firmie farmaceutycznej), wolała mieć mnie za współlokatorkę. Ciągle patrząc na Klarę zapierało mi dech w piersiach z zachwytu . Dziewczyna miała cudne blond loczki, okalające delikatnie porcelanową buzię, wspaniałe jasnoniebieskie oczy, mały nosek i  filigranową figurę. Poruszała się lekkim, tanecznym krokiem.. A jej uśmiech… ach.. Jej nie sposób było nie lubić. Wyglądała jak mały, słodki, uroczy aniołek. Kochałam ja jak siostrę, choć przyznam, że często będąc w jej towarzystwie czułam się nieswojo… nie dość że była tak zniewalająco piękna to na dodatek niezwykle dobra.. Pamietam jak kiedyś wyznała mi że wreszcie zrozumiała co to znaczy prawdziwie kochać. Mówiąc to miała rumieńce na twarzy i myślałam że opowie mi jakąś pikantną historyjkę, a ona wtedy powiedziała , że zrozumiała, że najważniejszą miłością jest miłość do wroga, bo to ona jest najtrudniejsza. Że ludzie wybierają łatwiejsze miłości a o niej zapominają i spychają gdzieś na peryferie swojego serca... Nie rozumiałam jej wtedy... Czasem zastanawiałam się jak w tak małej osóbce mogło zmieścić się tak ogromne serducho… Pomagała każdemu kogo spotkała na drodze, dla każdego miała jakieś ciepłe słowo i serdeczny uśmiech. Nigdy nie widziałam żeby była zdenerwowana, żeby krzyczała czy marudziła. Zawsze była pogodna, rozważna i grzeczna. Będąc z nią miałam wrażenie, że jest święta, a to tym bardziej rzucało się w oczy bo ja nigdy nie należałam do świętych… Łatwo się denerwowałam, często krzyczałam i potrafiłam być niemiła… Zdarzało mi się przekląć lub pyskować. Bez wątpienia byłam całkowitym przeciwieństwem przyjaciółki…
Wysiedliśmy z autobusu. Minęliśmy przystanek autobusowy i komisariat policji i w mgnieniu oka byliśmy na terytorium szkoły. Pożegnałam się z przyjaciółmi i rozeszliśmy się do różnych budynków . Widziałam z dala machającą do mnie Mariolkę, którą poznałam na inauguracji roku szkolnego. Udało mi się nawet zapamiętać jej nazwisko- Rosiewicz. Z osób, które dotychczas poznałam na studiach była mi najbliższa. Wyglądała trochę jak dzieciak i czasem się tak zachowywała, ale to była mądra i sympatyczna dziewczyna. Szłam do niej ale zaczęła dzwonić moja komórka więc nerwowo przeszukiwałam torbę nie widząc gdzie idę. Jak zwykle w mojej torebce znalazłam wszystko, tylko nie to co było mi potrzebne. Natknęłam się na opakowanie plasterków, leki od bólu głowy,  pilniczek, lusterko, małą kosmetyczkę, a nawet śrubokręt i szczoteczkę do zębów, ale nie na telefon. Zanim sobie przypomniałam, że komórkę włożyłam do bocznej kieszeni poczułam że zdarzyłam się z czymś twardym.
-Cholera- pomyślałam- jakim cudem skręciłam i przywaliłam w ścianę.?
-Uważaj jak łazisz-usłyszałam znajome warkniecie. Podniosłam zaskoczony wzrok do góry.
-To Ty- wyrwało mi się. Byłam oszołomiona. Jego sie nie spodziewałam...
-Chyba na głowę upadłaś dziewczyno. Pierwszy raz cie widzę ...i patrz gdzie leziesz. -powiedział ostro, ale jego oczy wyrażały zupełnie co innego. Jego niesamowicie czarne tęczówki były dziwnie ciepłe... niepokojąco znajome. Przez ułamek sekundy czułam się tak błogo i bezpiecznie. Zdałam sobie sprawę że tonę w jego oczach... jakby mnie hipnotyzował. Szybko jednak odwrócił wzrok, odepchnął mnie i poszedł... Zostałam sama na środku korytarza. Spojrzałam na zegarek. Piętnaście minut spóźnienia,  kwadrans akademicki. Jakim cudem??? Czas chyba spłatała mi figla. to niemożliwe żebym gapiła mu się w oczy prawie dwadzieścia minut. Starałam się wejść do sali niezwykle cichutko, nie zwracając niczyjej uwagi ale w połowie drogi do ławki zmroził mnie głośny komentarz pani Trójkowskiej. Stanęłam jak wryta i nie miałam odwagi drgnąć
-No no, wielmożna panna Sara Godlewska. Jak zwykle w porę i w czas. Jak zwykle wejście w wielkim stylu. To dopiero piąty dzień zajęć a pani już zapada w pamięć . Wiecznie spóźniona, ciągle roztargniona i oczywiście, jakże bym mogła zapomnieć, znana i szanowana przez całą kadrę nauczycielską jako niezwykle inteligentna i wybitnie zdolna stypendystka premiera. Niech pani nie myśli, że to panią zwalnia z obowiązków studenta- zacisnęłam usta, najwyraźniej matematyczka nie miała zamiaru  mi darować.. Podeszła do mnie i spojrzała w twarz
- moja droga panno to są studia. Na wykłady może sobie paniusia nie chodzić ale na moje zajęcia proszę przybywać. PUNKTUALNIE
-prze… przepraszam- wyjąkałam starając się wybadać czy właśnie tego oczekuje.. i chyba popełniłam błąd
-Przepraszam?! przepraszam... słyszycie? ona mnie przeprasza... Będziesz przepraszać rodziców i samego premiera jak przedmiotu nie zaliczysz. Rozpakuj sie i podejdź do tablicy. Zobaczymy co pamiętasz z liceum.
Zaczęło się- pomyślałam. Nienawidziłam matmy z całego serca. Z innych przedmiotów zawsze miałam piątki, ale matma szła mi wyjątkowo opornie. Biologia, chemia, nawet fizyka... ale matma to była czarna magia ...a przy tablicy zawsze miałam czarną dziurę w głowie.

Filip czekał na mnie w bufecie i uśmiechał się radośnie. Jego jasne włosy wydawały się dzisiaj niemal białe, albo wręcz przeźroczyste... Słońce przez nie prześwitywało jak przez kawałek przeźroczystej folii...
-Jak tam?
-daj spokój- mruknęłam grzebiąc widelcem w obiedzie, który mi zamówił.
-matma- od razu wiedział o co chodzi- przecież byłaś na czas...
-yyy... właściwie to.. spóźniłam sie pietnaście minut- nie wiedziałam czy powinnam mówić przez kogo... Wbiłam zawstydzony wzrok w kotleta leżącego na talerzu.
-co takiego- Filowi prawie oczy z orbit wyszły. Zamrugał kilkakrotnie i popatrzył na mnie zdumiony unosząc lekko brwi. Wyglądał bardzo, ale to bardzo atrakcyjnie . Zdawałam sobie sprawę z tego, że część dziewczyn tu siedzących spogląda na nas ukradkiem i szepcze coś z wielkim zaangażowaniem. Nie jedna chciałaby być teraz na moim miejscu. I wcale im się nie dziwie. Filip był totalnym ideałem. Wysoki, wysportowany, inteligenty i kulturalny blondyn o błękitnych oczach...
-Stałaś pod salą specjalnie, żeby się spóźnić, czy co?
Odparł śmiejąc się drwiąco, ale zauważyłam, ze tak naprawdę jest zaniepokojony. Był uroczy, martwił się o mnie.
-Tak jakby…
Nie byłam zainteresowana rozmową.. myślałam o jego oczach.. o jego spojrzeniu. To znaczy nie o Filipa tylko tamtego chłopaka....i o tym czemu powiedział że mnie nie zna... wiedziałam. czułam że mnie rozpoznał... czemu wiec tak zareagował? Zadrżałam. Dopiero w tym zdałam sobie sprawę dlaczego przy zderzeniu wzięłam go za ścianę... był twardy i... zimny... Nie. To głupie... Zacisnęłam mocno usta a potem oczy. Nie mogłam nawet patrzeć na jedzenie a co mówić je zjeść...
Filip pokręcił tylko głową i nic nie powiedział... też się zamyślił. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Nie czułam się skrępowana. Przy Filipie mogłam milczeć do woli. Znał mnie i wiedziałam, że zawsze mnie zrozumie. Był niesamowity i za to go kochałam.  I choć nie chciałam mu mówić co się stało, byłam szczęśliwa że jest, był i będzie… Niestety nadszedł czas kolejnych zajęć i zaczęliśmy  się zbierać. Zrobiłam zbolałą minę... o nie... wf... westchnęłam ciężko i ruszyłam w kierunku budynku wychowania fizycznego.

-Sara, bardziej się nachyl i trzymaj kij obok siebie a nie przed sobą i na podłodze a nie w górze... to hokej a nie bejsbol.- instruował mnie Pan Ziębicki. Starałam się zastosować do jego zaleceń ale nagle ktoś wystrzelił piłkę w moim kierunku. Zamachnęłam się i... zobaczyłam gwiazdki... a nad sobą wdziałam ciemność.... Ciemność, ciemność? hmm... czarne oczy? skądś je znam...
Usłyszałam jeszcze tylko głośny wybuch śmiechu Amandy. Oj… Amanda Chabros była moim przekleństwem. Nienawidziła mnie od samego początku. Jak tylko pojawiam się na uczelni. Uwielbiała się ze mnie wyśmiewać, zawstydzać, robić wszystko co możliwe by tylko obrzydzić mi życie. Na przykład wlać mi płyn do naczyń do kubka z kawą czy dosypać soli do butelki wody. Niby niewinne żarciki... ale pocięcie stroju gimnastycznego czy wyrzucenie mojej torby do kontenera i przygladanie się jak grzebie w śmieciach w poszukiwaniu zguby nie należało do rzeczy miłych...Zupełnie nie rozumiałam o co jej chodzi. Nie byłam ani mądrzejsza…. to ona  znała odpowiedzi na każde pytanie…. Nie byłam też ładniejsza… o nie… Amanda była prześliczna.. Jej długa kruczoczarna kaskada włosów opadała miękko na ramiona, duże czarne oczy otoczone wachlarzem ciemnych rzęs przykuwały spojrzenia, pełne usta, niczym wyrzeźbione w marmurze wydawały się być perfekcyjne… Jej skóra była idealnie gładka, nieskazitelna i mleczna. Figurę miała lepszą od niejednej modelki a poza tym poruszała się z gracją i delikatnością. Nikt nie mógł się jej równać… no, może tylko Klara... Ale ona to całkiem inna bajka...  a ja na prawdę nie rozumiałam czemu Amanda mnie tak nienawidzi…
-Co jej się stało? Kiedy straciła przytomność? I w jakich okolicznościach
Poczułam ze coś zimnego leży mi na czole. Zamrugałam żeby lepiej widzieć, ale wszystko pokrywały czarno złote kropki.
-Graliśmy w hokeja... Sara chciała przejąć piłkę... ale... zamachnęła się za bardzo i upadła na głowę... a kij wystrzelił w powietrze... i... i też upadł jej na głowę.
Choć głosy dochodziły do  mnie z niejakim opóźnieniem rozpoznałam że ten zawstydzony głos należał do Mariolki. A do kogo należał drugi? jedwabisty i lekko zachrypnięty glos?... nie mogłam sobie przypomnieć…
-Nazywasz się?...- znów delikatne jedwabiste mrukniecie
-Mariola Rosiewicz.
-Dobrze, wracaj na zajęcia . Ona i ta juz dziś nie zasili waszej drużyny
-może i lepiej-Tez mi coś. Mariolka sobie ze mnie żartuje, przecież wie ze jestem istnym antytalentem sportowym
Usłyszałam zamykanie drzwi i jakieś inne odgłosy których nie rozpoznawałam. Chciałam usiąść ale mi nie wyszło.
-Spokojnie. nie tak szybko. Leż i oddychaj przez usta- poinstruował mnie Głos. Cudowny, boski, Glos.
-ja.. chce pic- co ja w ogóle gadam? nie chce pic. Chcę wiedzieć kim jest Głos.
-proszę- wzięłam szklankę i podnosząc się lekko na łokciach wypiłam łapczywie aż do dna. zrobiło mi się trochę lepiej. Znów zamrugałam i dźwignęłam się żeby usiąść. I wtedy myślałam, że znowu upadłam i mam zwidy. Tym Głosem był On. Chłopak, który mnie wyciągnął spod kół. Ten z którym zderzyłam się dziś rano. Znów zawirowało mi w głowie więc gwałtownie zamrugałam powiekami. Było mi duszno... Musiałam siedzieć z rozdziawionymi ustami bo zaśmiał się
-Czekasz aż ci wleje koleją szklankę do gardła? czy po prostu grawitacja działa na Twoją szczękę ze wzmożona siła?
Zamknęłam usta i spuściłam wzrok zawstydzona. Poczułam jak robie się czerwona. albo nawet purpurowa. Policzki mnie po prostu paliły.
-nie wiedziałam że.... -nie dał mi szansy dokończyć
-zastępuje tylko doktora Szarzyńskiego. A Ty jak zwykle znalazłaś się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze.
Przekrzywiłam głowe, nic z tego nie rozumiałam. przecież wf miałam w planach a to ze trafie do gabinetu lekarskiego w trakcie tych zajęć było bardziej niż pewne. zawsze tu lądowałam. Choć minęło dopiero kilka dni to doktor Szarzyński dobrze o tym wiedział. Zresztą znał mnie doskonale bo był ojcem Filipa. Chciałam go jeszcze o cos spytać ale wpadł taksówkarz. Był niewysoki i grubawy. Jego idealnie okrągła głowa świeciła łysiną, ale wąsy miał tak długie i gęste że zakrywały mu usta.
-miałem kogoś stąd gdzieś odwieźć
-Tak, tą młodą damę- Chłopak wskazał na mnie i wręczył mu plik pieniędzy
-pan do mnie dzwonił tak? Pan Rafał Frydel?
-tak proszę pana
Odjeżdżając miałam uśmiech na ustach. Choć głowa bolała mnie niemiłosiernie od uderzenia i od nadmiaru nowych, ciekawych myśli. Westchnęłam ciężko i przymknęłam oczy… trwałam w tak rozkosznych rozmyślaniach całą drogę do mieszkania…

piątek, 13 stycznia 2012

(6)„w szaleństwie moim odnalazłem zarazem i wolność i bezpieczeństwo. Wolność samotności i bezpieczeństwo niezrozumienia.”


Październik zbliżał się wielkimi krokami. Rodzice nareszcie powoli zapomnieli o moim “wypadku w wielkim mieście”. I całe szczęście bo pierwsze dni po wyjściu ze szpitala były nie do zniesienia. Skakali wkoło mnie jakbym była niedorozwinięta. Nie lubiłam tego. Ale najbardziej wkurzało mnie to, że próbowali mnie namówić do rezygnacji ze studiów, że niby sobie nie poradzę sama w Warszawie. To był szczyt wszystkiego po prostu. Gdy pierwszy raz mama mi to zaproponowała to myślałam że wpadnę w hiperwentylacje albo dostanę zawału. Chociaż w sumie nie… nie to było najgorsze. Poza tym, na siłę starali się zrobić ze mnie wariatkę! Zapisali mnie do psychiatry, który usilnie wmawiał mi , ze Igor to wytwór mojej zbolałej wyobraźni powstały w wyniku traumatycznych przeżyć. Gówno prawda i tyle. Kazał mi łykać jakieś tabletki ale ja usilnie zakopywałam je w doniczce z fiołkiem. Na szczęście udało mi się przekonać rodziców, że najlepszą i jedyną receptą na moją zjechaną psychikę jest właśnie zatracenie się w nauce. Łyknęli to i dali mi spokój. Nawet z tym psychiatrą( no i dobrze bo fiołek nie wytrzymałby ani tabletki więcej).
         Wydawałoby się, że ta historia zakończyła się już i to całkiem szczęśliwie, ale ja nie potrafiłam znaleźć w sobie spokoju. Co wieczór leżąc w łóżku długo nie mogłam zasnąć starając się odtworzyć w pamięci tamto zdarzenie jak najdokładniej. Niestety moje  wspomnienia nie były zbyt dokładne. W mojej głowie było mnóstwo luk. Wiele rzeczy nie pasowało mi do tej układanki. Czemu nikt nie widział Igora? Gdzie on się podział? Przecież nie rozpłynął się w powietrzu do cholery! Skąd ten chłopak, który mnie uratował tyle o mnie wiedział? I w jaki sposób wyciągnął mnie spod samochodu? Przecież widziałam jak czarne auto zbliżało się do mnie szybko…On musiał być! Nie wymyśliłam go sobie! Przecież nie jestem wariatką! Chociaż... z drugiej strony... czy wariaci zdają sobie sprawę ze swojego szaleństwa?
         Dzisiaj też zajmowałam się przypominaniem sobie szczegółów i wyobrażaniem sobie Igora… Miałam nadzieję że coś z tej znajomości wyjdzie… przyznam, że udało mu się zauroczyć mnie. Przyprawić o drżenie mięśni i motylki w brzuchu… a tu nagle facet rozpływa się w powietrzu a cały świat twierdzi że nie istnieje. UGH!!! Tylko mnie mogło spotkać coś takiego.
Nie byłam jeszcze senna , a myślenie o wypadku zaczęło już mnie irytować, więc okryłam się szczelniej kocem, oparłam o ścianę i wzięłam do ręki ulubioną książkę “Weronika postanawia umrzeć‘ Paolo Coelho . Czytałam ją już miliony razy ale i tak mnie zachwycała. Odnalezienie miłości po próbie samobójczej to coś o wiele lepszego niż przewidywalne i lekkie romansidło. Miłość można znaleźć wszędzie, w każdej chwili życia, nawet gdy myślimy że to życie się kończy. Miłość zawsze nas dopadnie. Choćby w szpitalu psychiatrycznym. Miłość Weroniki była taka inna… niesamowita. Piękna. A teraz była mi jeszcze bardziej bliska, w końcu prawie wylądowałam w wariatkowie.
-puk puk- mama stała w drzwiach, oparta o framugę i pukała w przestrzeń. Miała na sobie długą niebieska koszulę nocną i biały szlafrok. Usiadłam na łóżku i uśmiechnęłam się.
-można?
-jasne- odparłam klepiąc łóżko w miejscu w którym mogła usiąść.
- co czytasz?
- ymm. Weronika postanawia umrzeć…
Mama zrobiła tą jedna ze swoich min z cyklu “ jakby tu zacząć’. Zmarszczyła brwi, zmrużyła oczy przygryzła dolna wargę. Odgarnęła kosmyk krótkich włosów za ucho. Zauważyłam jak skubie troczek od szlafroka
-Mamo?- spytałam ponaglająco ale w odpowiedzi moja rodzicielka uniosła tylko brwi.
- przyszłaś tu poskubać szlafrok?- spytałam drwiąco
-Sara. To nie jest dla mnie taki łatwe
Nie lubiłam tego tonu. Mama była zdenerwowana i poważna a to mi się nie podobało.. Przez myśl przeszło mi wiele powodów dla których mogłaby wszczynać poważną rozmowę. Ale jeszcze nie zaczął się rok szkolny wiec rozmowy o ocenach nie brałam pod uwagę. Nie przeskrobałam nic ostatnio wiec temat dobrego wychowania tez odpada. Zaczęłam intensywnie myśleć starając się przypomnieć co może powodować taki stan rzeczy… hmm.. Co się ostatnio stało…
- o nie! Tylko nie to!- zerwałam się na równe nogi gdy tylko domyśliłam się co się może święcić- Ja nie chce żadnego rozwodu, żadnej szarpaniny, żadnego mówienia czy wole mamusie czy tatusia. Nie i już. - mama była zdumiona, siedziała z otwartą buzią, ale nie przerywała mojego monologu, więc zachęcona kontynuowałam. - Mamo, pomyśl. Jesteście razem tyle lat. Może nie powinniście tego od razu tak przekreślać. Może ..hmm.. No nie wiem.. Terapia małżeńska?- spytałam z nadzieją choć przez to wszystko z trudem nabierałam powietrze. Położyłam rękę na mokre od potu czoło, oparłam się o ścianę i osunęłam na podłogę. Zamknęłam oczy i starałam się oddychać głęboko, powoli wciągając powietrze przez nos. W pokoju było cicho, słychać było tylko trzepotanie mojego oszalałego serca. Ale mama zamiast potraktować mnie poważnie roześmiała się tylko.
-Wariatko mała. Ja i tata mamy się dobrze. Ani mi się śni rozwodzić Żabko. Kocham twojego tatusia, spokojnie. Nie o tym chciałam rozmawiać.
Mama znów zmarszczyła brwi. Ja już się wolałam nie odzywać. Nie chciałam popełnić kolejnej gafy. Siedziałam więc grzecznie i czekałam na ciąg dalszy
-Saruś… Od tamtego wydarzenia minęło już trochę czasu… może powinnaś już o tym zapomnieć… zacząć umawiać się z chłopakami.. No.. Wiesz, chodzić na randki… Nie można żyć ciągle przeszłością skarbie. Musisz wreszcie komuś zaufać. Wiem że jesteś blisko z Filipem. To naprawdę miły chłopak, może powinnaś spojrzeć na niego nie tylko jak na przyjaciela?- mama ostrożnie dobierała słowa starając się by mnie niczym nie urazić ale i tak rozzłościła mnie. Ach ta jej słabość do Fila.
-mamo! - wrzasnęłam i znów wstałam.- nie chce żadnych randek. Nie chce żadnych chłopaków. Nie chce nic. To nie dla mnie. Ale jak spotkam tego księcia na białym koniu to na pewno dam Ci znać.
Wyszłam na balkon. Nocne, chłodne powietrze rozwiało mi włosy i otrzeźwiło mnie trochę. Słyszałam jak mama wychodzi z pokoju szepcząc
-śpij dobrze kochanie.
Spojrzałam w niebo i dostrzegłam spadającą gwiazdę. Uśmiechnęłam się i przymknęłam powieki. Wiatr zawiał mocniej.
Zadrżałam, ale nie z zimna…
miałam wrażenie że w jego szumie
usłyszałam głos…
Znajomy głos

(5) „Zaskoczenie jest wtedy, gdy oczekujemy trzech różnych możliwości, a przytrafia się czwarta.”

http://w795.wrzuta.pl/audio/2O9vFv0qPlm/anna_jantar_-_tyle_slonca_w_calym_miescie


Kolejny dzień powitał mnie wreszcie tak upragnionym słońcem. No dobra, może trochę podkoloryzowałam, ale wreszcie przestało padać a bure chmury przetarły się nieco. Ubrałam się szybciej niż zwykle i w radosnych podskokach pobiegłam do kuchni. Nalałam do małej, czarnej miseczki mleka, wzięłam paczkę chrupek i usiadłam przy stole nucąc “Tyle słońca w całym mieście”. Ale niestety w dzieciństwie chyba słoń nadepnął mi na ucho więc nie brzmiało to tak jak powinno.
-Saruś, a ty znów te chrupki?- mama pokręciła z niedowierzaniem głową i zmarszczyła nos. Przyglądałam jej się uważnie i dopiero wtedy dostrzegłam, że w kącikach jej oczu pojawiły się już kurze łapki- że też ci to jeszcze nie zbrzydło…
W odpowiedzi ostentacyjnie wepchnęłam sobie pełną łyżkę do buzi i zamruczałam robiąc zadowoloną minę.
-Dziecko, to jedzenie dla dwulatka, może zrobię ci coś pożywnego?
Mama nie pracowała, zajmowała się domem a jej ulubionym zajęciem było dokarmianie mnie i taty. Ciągle jej się zdawało że jesteśmy niedożywieni, więc szykowała takie porcje obiadu , które dziesięciokrotnie przekraczały pojemność mojego żołądka.
-Nie mamuś, dzięki, nie trzeba- wysepleniłam z buzią pełną czekoladowych kuleczek, zwracając szczególną uwagę by żaden chrupek nie wypadł mi z ust.
-Sara, jak nie będziesz jadła to znikniesz- zagroziła mama robiąc zatroskaną minę. Miękkie, krótkie loki opadły jej na oczy. Po chwili milczenia dodała niemal błagalnie.- może zrobię ci kanapeczkę? Z nutelką? Jedną?
-Mamo! -krzyknęłam myjąc już miskę przy zlewie- przecież właśnie zjadłam, nie jestem już głodna. Zresztą, muszę już lecieć. Dziś rano przyszły wyniki rekrutacji i… dostałam się!!! Muszę tylko złożyć potrzebne dokumenty.
-Gratuluje kochanie. –mama uściskała mnie i cmoknęła w policzek gdy stałam jeszce przy zlewie
- No leć, tylko uważaj na siebie skarbie. I może zjedz coś na mieście. A i nie rozmawiaj z nikim.
-dobrze mamuś. Pa! – krzyknęłam ruszajac w stronę drzwi
- i uważaj na pasach!
Odwróciłam się lekko, trzymajac już jedną dłoń na klamce.
-A co? Grozisz mi?
Mama pokręciła lekko glową uśmiechajac się pod nose.
         Eh, mama była bardzo nadopiekuńcza, ciągle trzymała mnie pod kloszem, a od tego nieszczęsnego zdarzenia, które miało miejsce trzy lata temu zrobiła się wprost nie do zniesienia. Było lato, ale chłodne powietrze rozwiało mi włosy. Odgarnęłam niesforny kosmyk z twarzy i owinęłam się ciaśniej ramionami aby nie zmarznąć jeszcze bardziej. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę przystanku napawając się kilkoma ciepłymi promieniami słońca.

         Warszawa mnie przerażała. Czułam się w niej jak malutka, zagubiona i przerażona mróweczka wśród stada słoni. Ludzie w tym mieście wydawali mi się niemili, zadufani w sobie, tak zajęci swoimi sprawami, że widzą tylko czubek własnego nosa. Miałam wrażenie, ze gdyby ktoś napadł mnie tu, na ulicy pełnej ludzi, nikt by mi nie pomógł. Ba, większość pewnie nawet by nie zauważyła. Ruszyłam dzielnie przed siebie starając się by nikt z tych pędzących  ludzi mnie nie staranował ani nie wepchnął przez przypadek pod samochód.
         Uczelnia też porażała mnie swoim ogromem. Stanęłam przed olbrzymi budynkiem i niepewnie pchnęłam drzwi. Trochę błądziłam w labiryncie korytarzy, a nawet potknęłam się na dłuuugich schodach i stłukłam kolano. Zawsze byłam niezdarą. Mogłabym uczyć ludzi w jaki sposób rozlać wszystko co niosę, potknąć się na prostej powierzchni, zgubić się w supermakecie czy złamać nogę spadając z krawężnika. Cała ja. Gapa. Ale wreszcie, po wielu próbach odnalazłam odpowiedni pokój i załatwiłam wszystkie papierkowe formalności. Byłam już oficjalnie studentką pierwszego roku na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Przed państwem przyszła pani pediatra.
         Szłam szerokim chodnikiem zastanawiając się w którą właściwie stronę powinnam się teraz udać, żeby dojść do autobusu. Miałam kiepską orientację w terenie więc była to dla mnie nie lada zagadka. Rozpogodziło się trochę. Czułam jak ciepłe promienie igrają na moich cienkich włosach fruwających swobodnie za mną. Było tak ciepło, że aż rozpięłam sweterek pod którym miałam ulubioną, niebieską bluzkę z dekoltem w serek. Czułam się prawie szczęśliwa tak spacerując po tym wielkim, obcym mieście…
ŁUBUDUBU
Odbiłam się od kogoś i z impetem upadłam na pupę.
-Cholera, ale ze mnie niezdara- mruknęłam do siebie wstając i masując obolały zadek -przepraszam, nie chciałam, zagapiłam się i..
-Nic się nie stało proszę pani. Wszystko w porządku? Nie potłukła się pani za bardzo?
-pani?- zatkało mnie. Wyglądałam dość młodo jak na swój wiek. Ludzie zazwyczaj nie wierzyli gdy mówiłam że skończyłam już liceum i mam 19 lat… a tu nagle ktoś mówi do mnie na ‘pani’.
-coś nie tak powiedziałem?- podniosłam nieśmiało oczy i zobaczyłam eleganckiego, wysokiego i bardzo przystojnego chłopaka… niestety z wrażenia nie zwróciłam uwagi na kolor jego oczu ani włosów.
-ni, nie-wydukałam oblewając się purpurowym rumieńcem. Odgarnęłam włosy za ucho, zawsze tak robiłam gdy czułam się nieswojo. Zaschlo mi w gardle. Patrzyłam się w niego z tępą miną jak wół w malowane wrota.
- To dobrze- mężczyzna się uśmiechnął i spowodował pojawienie się kolejnego rumieńca- ale jest mi panienka coś winna  za to niespodziewane zderzenie.
Zamrugałam gwałtownie i otworzyłam buzię ze zdziwienia. ‘że co niby?’
-Mmm… myślę, że kawa będzie idealnym zadośćuczynieniem
         Speszyłam się i znów oblałam się rumieńcem. Właściwie to chyba cały czas miałam czerwone policzki. Czy on właśnie zaprosił mnie na randkę? Nie byłam do tego przyzwyczajona, od trzech lat raczej unikam mężczyzn. Poza Filem rzecz jasna, ale on to zupełnie inna bajka. To znaczy wiedziałam, że nie jestem brzydka. Często doświadczałam zainteresowania ze strony mężczyzn ale zazwyczaj skutecznie ich spławiałam.  Niektórzy twierdzili że się wywyższam i jestem nieczuła ale ja po prostu jestem nieśmiała… taka przeciętna szara myszka. Tak więc nie miałam za dużego doświadczenia w sprawach damsko-męskich.
-Jasne- odpowiedziałam gdy tylko odzyskałam władzę nad językiem- tylko…- znów odgarnęłam włosy za ucho i spojrzałam w bok- nie bardzo wiem gdzie… nie znam Warszawy
-Nie ma sprawy- mój współtowarzysz uśmiechnął się pogodnie unosząc delikatnie jeden kącik ust.  -Tak się składa, że kawałek stąd jest świetna kawiarnia. Parzą tam na prawdę wyśmienitą kawę.
W odpowiedzi skinęłam tylko głową i uśmiechnęłam się lekko, nie chciałam palnąć jakiegoś głupstwa jak to ja miałam w zwyczaju.
-Tak w ogóle, to jeśli pani pozwoli to Igor jestem- powiedział cmokając mnie w rękę.
-Sara- odparłam oszołomiona tak cicho że nie byłam pewna czy w ogóle mnie usłyszał.
         Szliśmy teraz razem w milczeniu. Uparcie wlepiałam wzrok w chodnik nie wiedząc co powiedzieć. Bałam się że jak na niego spojrzę znów się speszę i zarumienię. Przez chwilę zastanawiałam się czy się przypadkiem nie zakochałam… yyy, to znaczy czy się nie zauroczyłam bo na zakochanie to chyba trochę za wcześnie. Znałam go w końcu jakieś dziesięć minut. Nie wiedziałam co to jest miłość, ale przy nim czułam się dziwnie niespokojna, nieswoja. Peszył mnie. Chyba nawet teraz coś do mnie mówił ale ja jak zwykle myślami byłam w innym świecie na odległej planecie i takie tam. Jego słowa nie docierały do mojej świadomości, ale zorientowałam się że dochodzimy do bardzo ruchliwej ulicy i zapewne będziemy przez nią przechodzić.  Albo mi się wydawało albo na drugiej stronie stał znajomy Igora bo patrzył na nas… a właściwie na mnie z nienawiścią i kręcił głową... Ale chyba mi się tylko wydawało bo Igor uśmiechał się wesoło więc przestałam zwracać uwagi na tamtego chłopaka.
         Nagle wszystko potoczyło się tak strasznie szybko, ze chyba nawet nie zdążyłam mrugnąć. Światła. Ulica. Samochody. Pisk opon. Igor na jezdni. Czerwone światło. Krzyk kogoś na chodniku. Zagapił się i nie zatrzymał. Serce podskoczyło mi do gardła.  Żołądek wywrócił niespodziewanego koziołka a krew pulsowała mi w żyłach trzykrotnie szybciej od  zbyt dużej dawki adrenaliny. Niewiele myśląc wyskoczyłam za nim na ulicę. Rozglądałam się gorączkowo ale nigdzie go nie widziałam. “Czyżby już wpadł pod samochód?” przeszło mi na myśl i od razu zrobiło mi się niedobrze. Wszystko działo się w ułamku sekundy. Zobaczyłam czarny samochód który gwałtownie skręcił w bok aby nie zderzyć się z innym który właśnie mnie omijał. Skręcił w bok i jechał teraz prosto na mnie. Wiedziałam że nie zdążę już uciec. Z przerażenia moje serce przestało już chyba bić a ja wstrzymałam oddech. Na przemian uderzały mnie fale gorąca i zimna. Żołądek podszedł mi do góry. Czarna plama zbliżała się w niebezpiecznym tempie. Stałam nieruchomo z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi pięściami. Nie krzyczałam. W głowie przesuwały mi się obrazki z mojego krótkiego życia.
          Rodzice. Występy w przedszkolu. Konkurs recytatorski. Gimnazjum. Ten okropny dzień. Dotyk obrzydliwych łap tego faceta. Czyjś krzyk. Widok zwłok mojego oprawcy w kałuży krwi. Rozprawa sądowa. Terapia. Filip. Matura. Wczorajszy film. Dzisiejsza rozmowa z mamą…

         -Ma kilka siniaków i zadrapań, ale poza tym nic jej nie jest- usłyszałam dziwny głos jakby zza światów. ‘Nie żyje? Umarłam?’ Pomyślałam w pierwszym odruchu…
-Nazywa się Sara Godlewaska. Mieszka w Szulcach. Grupa krwi 0Rh+. Uczulona na sierść i orzechy. Już powiadomiłem jej rodzinę.- dźwięczny, melodyjny, lekko zachrypnięty baryton mówił powoli i wyraźnie, jakby chciał mieć pewność że informacje, które przekazuje dotrą do rozmówcy.
Zaraz, zaraz… to nie był głos Igora… Więc… czyj? I skąd tyle o mnie wiedział? Strasznie bolała mnie głowa a w uszach szumiało niemiłosiernie. Podniosłam rękę do góry chcąc dotknąć głowy i otworzyłam oczy. Chciałam usiąść ale czarno-biały świat wirował jak oszalały więc opadłam z jękiem na nosze.
- Ciii, spokojnie, miałaś wypadek. To znaczy prawie wpadłaś pod samochód ale uratowano cię, Już jesteś bezpieczna. Odpoczywaj. Twoi rodzice już jadą. Nie ruszaj się.- poinstruował mnie ratownik ubrany w czerwony kubrak i zwrócił się do kogoś innego stojącego za moja głową.
-Naprawdę nie mam pojęcia jak pan ją wyciągnął spod tego samochodu. Wszyscy świadkowie zgodnie twierdzą , że mała była już pod kołami a pan pojawił się z nikąd i ją wyciągnął.
-No oczywiście. Zapomnieli dodać że byłem ubrany w niebieski, obcisły, pedalski kombinezon z wielką czerwoną literą “S” na piersi, i miałem jeszcze czerwona pelerynę. Poza tym poruszałem się z prędkością światła poczym jednym palcem podniosłem samochód by spod jego kół uratować niewiastę.- chłopak, który to mówił roześmiał się, ale był to raczej nerwowy śmiech. Silił się wyraźnie na swobodny ton ale w jego aksamitnym głosie można było wyczuć nutkę zdenerwowania.
-A więc zawdzięczasz życie super bohaterowi- roześmiał się ratownik wstrzykując mi coś w ramię. Starałam się zobaczyć mojego wybawcę, ale przez kołnierz na szyi nie mogłam dostatecznie odchylić głowy by zobaczyć kto za mną stoi.. W zasięgu mojego wzroku znajdował się tylko ratownik.
-Ighor? -wychrypiałam, a słowa grzęzły mi w gardle. W ustach miałam Saharę, jakbym nie piła nic od tygodnia.
- Mariusz, do usług- uśmiechnął się ratownik i mrugnął do mnie porozumiewawczo.
-a Igor?
-Jaki Igor? To ktoś z twojej rodziny. jeśli tak to na pewno przyjedzie, nie martw się.
-Nie… nie. Ten chłopak który ze mną był. Za którym wybiegłam na ulicę. On się zagapił i ja..
Pan Mariusz przerwał bandażowanie mojej ręki, zrobił zmartwioną minę i przeniósł wzrok na kogoś stojącego za mną. Wziął głęboki wdech i powiedział
-nikogo z tobą nie było Saro. Byłaś sama. Tak twierdzą wszyscy świadkowie. Musiałaś uderzyć się w głowę.
-Jak to? A kierowcy? A ten chłopak co stał na drugiej stronie ulicy? On chyba znał Igora… Zagapił się i wyszedł na czerwonym, ja chciałam go tylko ratować
-Byłaś sama Saro-miękki, ciepły, lekko zachrypnięty głos pieścił moje uszy i mówił z takim przekonaniem że niemal uwierzyłam- Stałem naprzeciwko. Widziałem jak szłaś i nie zauważyłaś że zapaliło się czerwone.
Chciałam jeszcze zaprzeczyć ale wsadzono mnie do karetki. Spanikowani rodzice, którzy już dotarli na miejsce wypadku na zmianę wypytywali mnie i ratownika o mój stan. Kątem oka dostrzegłam wysokiego chłopaka, o czarnej, zmierzwionej czuprynie i niesamowicie ciemnych oczach. Był nie tylko wysoki ale sprawiał wrażenie niezwykle silnego. Miał wyraźnie zarysowane mięśnie, ale nie był napakowany, raczej wręcz szczupły. Podpisał jakieś papiery które podsunęła mu policja i odszedł. Widziałam jak z gracją, powoli znika w tłumie.

(4)„Kim jest przyjaciel? To drugie ja.”


Od paru dni gdy siedziałam sama w czterech ścianach, coraz bardziej upewniałam się w przekonaniu, że nie pasuję do tego świata... Ciągle czułam się jakbym odbierała na innych falach niż reszta społeczeństwa. Czasem zdawało mi się że trafiłam do innej rzeczywistości. Że jestem kosmitką zagubioną w czasoprzestrzeni... Wydawało mi się, że całe moje nieszczęsne życie to tylko sen, z którego kiedyś się obudzę . Miałam wrażenie , ze już niedługo wyrwę się z tej emocjonalnej pustki i wszystko się odmieni raz na zawsze. Z całych sił marzyłam o niezwykłości... Ale nasz świat jest taki... przewidywalny.Na każdym kroku stawia nam przeszkody do osiągnięcia niezwykłości. W tym pseudonaukowym świecie wszystko jest już opisane, odkryte i udowodnione naukowo. Medycyna, fizyka, biologia- te i inne nauki wyjaśniają wszystkie niecodzienne sytuacje w naszym życiu, dając nam jasno do zrozumienia, ze nie ma w nim miejsca na magię. Ale ja wierzyłam. Wierzyłam, że zmienię życia bieg... Nie wiem tylko w jaki sposób... Może spotkam księcia z bajki, który przybędzie do mnie na białym rumaku i wyzna że całe życie czekał właśnie na mnie? Może wdam się w romans ze złym, zepsutym chłopakiem, który pali, pije i ćpa, ale pod wpływem mojej miłości odmieni swoje życie? Może wynajdę szczepionkę na HIV i uratuję życie milionom ludzi? Może zostanę sławną aktorką, a fani będą się bili aby dostać mój autograf? Może to a może tamto… Póki co mam 19 lat ,właśnie skończyłam liceum i nie mogę znaleźć sobie miejsca na tym świecie. Myślałam też chwilę o Bogu. W prawdzie nigdy nie byłam bardzo wierząca ale na szyi dyndał medalik jeszcze ze chrztu. Ciekawiło mnie to czy On mnie słyszy… Czy wie czego pragnę i czego się boje. Czy faktycznie robi niezadowoloną minę gdy grzeszę czy nie zwraca na to uwagi. CZy ma dla mnie tajemniczy Boski plan... I czy to za Jego sprawką ciągle pada.? Rozważałam tak te wszystkie egzystencjonalne myśli i nawet nie zauważyłam gdy moje zaczęłam rozmyślać o miłości. Byłam niewątpliwie niepoprawną romantyczką- księżniczką czekającą na księcia z bajki. Zawsze gdy myślę o miłości przypominam sobie słowa z Biblii ‘ miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, miłość nie zazdrości nie unosi się pychą, nie pamięta złego, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. Miłość nigdy nie umiera’. Myślę wtedy czy to jest prawda. Czy to jest w ogóle możliwe żeby istniała tak czysta, prawdziwa i szczera miłość bez cienia jakichkolwiek negatywnych uczuć.
         Nie wiem ile tak siedziałam i filozofowałam ale na ziemie sprowadziła mnie komórka wydająca z siebie radosne dźwięki , które doprowadzały mnie do szału. Zeskoczyłam  z parapetu i chciałam chwycić telefon ale wyślizgnął mi się z rąk i spadł na czekoladowy dywan.
-Cholera-zaklęłam pod nosem widząc jak odpada tylna klapka i bateria. Przykucnęłam i starałam się doprowadzić komórkę do poprzedniego stanu modląc się w myślach aby sie nie zepsuła. Jednak jak zawsze sprzęt elektroniczny totalnie się mnie nie słuchał i dopiero po dłuższej chwili udało mi się włączyć telefon. Sprawdziłam kto się tak do mnie dobijał. Odpowiedź była prosta i raczej nie zaskakująca-Filip- jedyna znana mi osoba która niczego ode mnie nie chce i nie wymaga a jednocześnie lubi moje towarzystwo. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło na sercu.  Dzwonił, ale wysłał też wiadomość "będę o 18 jak się umawialiśmy, ok? Dzwoniłem bo chciałem spytać czy masz ochote na pizze i film na dvd? Wybiorę jakiś fajny- niespodziankę będziesz miała. Baja bongo". Uśmiechnęłam się do ekranika i odłożyłam telefon. Była 16.45 więc musiałam zacząć doprowadzać się do stanu w którym mogliby oglądać mnie ludzie, a przynajmniej Fil. Otworzyłam szafę i pochwyciłam dżinsy i pierwszą z brzegu koszulkę o niezidentyfikowanym szaroburym kolorze. Już miałam pójść do łazienki ale wzięłam jeszcze mp3 żeby rozluźnić się przy ulubionej muzyce.  Wetknęłam korek do wanny, odkręciłam gorącą wodę i podeszłam do lusterka. Spojrzałam na siebie w lustrze. Włosy koloru jasny brąz zazwyczaj proste sterczały na wszystkie strony świata i bynajmniej nie był to artystyczny nieład tylko zwykły bałagan, nawet grzywka odstawała jakoś nienaturalnie... Westchnęłam i wywróciłam oczami.. Woda już powoli napełniała wannę więc zrzuciłam ubrania, wetknęłam sobie słuchawki do uszu, włączyłam ulubioną muzyke i z rozkoszą zanurzyłam się w gorącej pachnącej pianie. Przymknęłam oczy i powoli zaczęłam się relaksować... czułam jak po kolei każdy mięsień mojego ciała się rozluźniał i uwalniał od męczącego go napięcia.. .ciepło, zapachy i cicha muzyka ukołysały też moje myśli... leżałam tak wniebowzięta przez kilkanaście minut aż woda zaczęła robić się chłodna. Postanowiłam wiec wychodzić i wtedy ....PLUM...
-A niech to- krzyknęłam spanikowana przebierając nerwowo rękami w wodzie i starając się wyłowić moją mp3 z wszechobecnej piany... Odnalazłam oczywiście dopiero po kilku minutach i szybko się zorientowałam że ekranik nie działa...
-No to cały relaks szlag trafił- wymamrotałam zrezygnowana pod nosem i wygramoliłam się z wanny. Ponownie spojrzałam w lusterko. Oczywiście zapomniałam umyć włosy, które nadal przypominały siano a w moich piwnych oczach aż się kłębiło od irytacji... Nachyliłam się nad wanną, umyłam pośpiesznie włosy, a potem jeszcze wyszorowałam zęby i wysuszyłam czuprynę starając się zwracać uwagę żeby wyglądało to przyzwoicie. Wciągnęłam jeszcze w pośpiechu przygotowane ciuchy i ruszyłam do pokoju.
         Gdy tylko weszłam z moich ust wyrwał się cichy jęk rozpaczy... Zerwałam firankę… zapewne podczas "pogoni do telefonu"...Wdrapałam się na parapet i stając na palcach stękałam starając się zawiesić co gdzie trzeba gdy usłyszałam radosne;
-baja bongo!
-hej-odpowiedziałam odruchowo, choć przestraszyłam się i podskakując na parapecie i uderzyłam głową w karnisz
-i auć- dodałam masując bolące miejsce
Fil roześmiał się radośnie. Jego śmiech zawsze mnie odprężał więc też się zaśmiałam. ale tak naprawdę wcale nie było mi do śmiechu. Stałam w końcu na palcach i  starałam się powiesić tą nieszczęsną firankę
-ojojoj, jesteś czerwona jak burak
-bardzo śmieszne, na prawdę, ha ha ha- odpowiedziałam sarkastycznie udajac śmiech.
-Chodź tu mała, to robota dla super bohatera- zażartował Filip odsłaniając swoje jasne zęby w ciepłym uśmiechu i wyciągając do mnie rękę, żebym mogła łatwiej zejść. Uśmiechnęłam się drwiąco i jak tylko znalazłam się na podłodze odpowiedziałam uroczystym tonem
- Czyń swą powinność zacny rycerzu
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, pani- zachichotał Fil i zabrał się ochoczo do wieszania firanki, co- nie powiem, szło mu znacznie sprawniej niż mi. Patrzyłam na przyjaciela zaciekawiona, jego blond włosy prawie zlewały się z moimi jasnymi, morelowymi ścianami a niesamowicie niebieskie oczy tryskały energią. Zwinnie zeskoczył z parapetu wydając z siebie triumfalne 'tadaan' i cmoknął mnie przelotnie w policzek po czym rozwalił się bezceremonialnie na moim łóżku. Rozejrzałam się po pokoju i ze zdumieniem spostrzegłam że na stoliczku leży pizza, film na dvd jest odpalony, tyle że zatrzymany a Filip trzyma pilota.
 -Jak Ty to...- wydukałam i spojrzałam zaskoczona na kumpla ale ten w odpowiedzi wyszczerzył tylko zęby w przebiegłym uśmiechu więc pokręciłam z niedowierzaniem głową i usadowiłam się na podłodze, opierając się plecami o łóżko. Odgarnęłam kosmyk włosów za ucho i zaczęliśmy oglądać. Reszta wieczoru upłynęła miło. Film okazał się przyjemny(coś o jakiejś nawiedzonej szkole-ale bardziej komedia niż horror) a przy Filipie nigdy nie było nudno. Trochę się poprzekomarzaliśmy i wygłupialiśmy, jak zwykle.
-Podaj mi ciastka- poprosił Filip.
-Masz- odpowiedziałam rzucając paczką na oślep do tyłu.
-Ała! Oszalałaś?! Chcicłaś popełnić zabójstwo? Mało nie straciłem nosa.
Nawet się nie obejrzałam tylko roześmiałam się cicho mrucząc pod nosem ”dobrze ci tak”. Ale zanim zdążyłam dokończyć to zdanie coś mnie napadło. Poczułam miękki materiał na twarzy. Po dłuższej chwili zorientowałam się, że Filip podduszał mnie poduszką. Na zmianę krzyczałam i śmiałam się wymahujac niezdarnie rękoma. Wreszcie wymacałam dłonią drugą poduchę leżącą na kanapie i zamahnełam się z całych sił.
-Pudło!- roześmiał się chłopak przytrzymując mnie jedna ręką a łaskocząc drugą.
Łubudu!
-Znowu pudło!- śmiał się radośnie. Wstrzymałam powietrze i... CEL PAL! Filip padł na kanapę znokautowany a ja jednym susem wskoczyłam na niego okładając go na oślep poduszką. Czułam ze pozwala mi wygrać, ale nie przeszkadzało mi to. Ochoczo wzięłam się do łaskotania. Tu był mały problem bo Fil był wyjątkowo oporny na łaskotki wiec tylko uśmiechnął się szyderczo i syknął
-Sama chciałaś....
Przekoziołkowaliśmy kilka razy wokół siebie aż to on znalazl się na górze torturując mnie seriami nieprzerywanych łaskotek.
-Przestań błagam!- piszczałam chichocząc bez przerwy.
-Poddajesz się?- zapytał przerywajac na chwilę i uśmiechajac się szeroko i triumfalnie.
-Nigdy w życiu!!!- krzyknęłam i wykorzystując jego chwilową nieuwagę uderzyłam go poduszką. Walka trwała jeszcze jakiś czas i zakończyła się remisem. Gdy odprowadzałam go do drzwi bolał mnie brzuch ze śmiechu, byłam pewna że jutro będę miała zakwasy. Uwielbiałam go. Był dla mnie kimś bardzo bliskim. Najlepszym przyjacielem. Bliższym niż Alka. Kochałam go. Jak brata. Albo bardziej. Jak męską wersję mnie samej.

(3),,Jeśli chcesz oglądać tęczę, musisz dzielnie znieść deszcz.’’

      Nie wiem dlaczego napisałam tą poprzednią notkę. Coś mi się totalnie pokręciło... Po prostu obudziłam się i cały czas chodziło mi to po głowie. Musiałam to zapisać.... Dziwne, prawda? Wolę się jednak nad tym za długo nie zastanawiać i po prostu przyjąć, że to moje rozstrojenie jest spowodowane pogodą...
     Padało już drugi tydzień, więc nie trudno się domyśleć, że nudziłam się jak mops. Przeczytałam wszystkie możliwe książki, które wpadły mi w ręce, choć i tak większość tych utworów znałam znakomicie. Przekartkowałam  "Romea i Julię", "Tristana i Izoldę", "Dumę i Uprzedzenie" , „Wichrowe wzgórza” i "Małego Księcia". Czasami łapałam się na tym, że nie czytam tylko mówię z pamięci kwestie bohaterów. Znudzona czytaniem postanowiłam usiąść przed telewizorem z kubkiem kakao i przypomnieć sobie historie z moich ukochanych filmów. Rozkoszując się smakiem czekoladowego napoju obejrzałam więc po raz setny "Szkołę uczuć", "Dirty Dancing" i "Casablankę" i na każdym oczywiście wylałam morze łez( choć i tak wiedziałam co się stanie). Posprzątałam swój pokój najdokładniej jak się dało układając płyty w porządku alfabetycznym, a książki na półce od najwyższej do najniższej. Moja kreatywność wyczerpała się jednak po tym jak ułożyłam swoje ubrania kolorystycznie więc leżałam teraz na łóżku wpatrując się usilnie w sufit. Myśli krążyły gdzieś daleko, w innym świecie, podczas gdy ja bawiłam się machinalnie troczkiem jasnobrązowego koca służącego jako kapa łóżka...
Był koniec lipca. Złożyłam już dokumenty na studia i czekałam na wyniki rekrutacji. Medycyna. Tak, chciałam być lekarzem i ratować ludzkie życie..
         Głośny dźwięk dzwonka wybił mnie z rozmyśleń. Zanim dotarło do mnie gdzie jestem i co się dzieje usłyszałam donośny krzyk.
-Saraa, masz gościaA- mama miała naprawdę mocny głos, wydawało mi się , że nawet gdybym siedziała na księżycu to usłyszałabym ten piekielny wrzask.
-Idę, idę... -odparłam ,ale bardziej do siebie niż do mamy. Usiadłam na łóżku, trochę zakręciło mi się w głowie, więc zamknęłam oczy i pozwoliłam spłynąć krwi w dół mojego ciała. Zanim odzyskałam równowagę usłyszałam skrzypnięcie drzwi i znajomy głos.
-Hejka. Muszę ci koniecznie coś opowiedzieć.
Alka szybko rzuciła swój czerwony plecaczek na łóżko i jednym, zwinnym ruchem zdjęła bluzę. Zawsze robiła wokół siebie sporo zamieszania. Przekręciłam głowę lekko na lewą stronę i uniosłam brwi sygnalizując w ten sposób przyjaciółce  żeby mówiła dalej. Choć na ogół byłam wygadana to dziś jakoś nie miałam humoru i cieszyłam się że Ala najwyraźniej szykuje się na dłuższy monolog. Nie myliłam się. Zdjęła okulary odsłaniając swoje duże zielone oczy i przeczesała palcami niesforne, rude loki. Była drobna i niska.
-Pokłóciłam się z Pawłem.
Zmarszczyłam brwi przyglądając się pilnie jej podekscytowanej twarzy. Była wyraźnie zachwycon, choć przyznam, ze nie potrafiłam zrozumieć dlaczego. Paweł to świetny chłopak, taki pozytywnie zakręcony i całkiem przystojny. Trochę szalony, czasem aż zbyt wesoły, ale był w porządku.
-I... to cię tak cieszy?- starałam się mówić ostrożnie patrząc na nią badawczo
-Och Sara- Ala wstała i podeszła do okna, poczym nie patrząc na mnie dodała już smutniejszym głosem- nie można się ciągle oszukiwać.
Zaskoczyła mnie tą nagłą zmianą nastroju
-Jak to, o czym mówisz? Przecież jesteście cudowną parą, już tyle lat.
-Właśnie. Tyle lat! Cztery!- wrzasnęła, ciskając oczami pioruny. Wyglądała jak mały wściekły elf. Miała w oczach iskierki złości- a on nadal nic!- jej policzki powoli oblały się czerwonym rumieńcem
-Chodzi ci o?- nie dokończyłam pytania wiedząć, że mam rację.
-tak...
-Wiesz, myślę, że nie ma się czym martwić. On cię bardzo kocha, wiesz jacy są faceci. Zwykłe tchórze, małe dzieci. Nie dorósł pewnie do tego. Dla niego czas płynie inaczej- zażartowałam
-Inaczej byś mówiła gdybyś sama była w związku- wywróciła oczami i położyła się na łóżko. Jej rude włosy utworzyły finezyjny wzorek na moim bladobrązowym kocu.                                   
-Możliwe-przyznałam lekko zakłopotana- ale wiesz, że ja marzę o tym samym co ty.
Po krótkiej chwili ciszy westchnęłyśmy głęboko zaczęłyśmi przerzucać się hasłami
-Miłości aż do końca świata- szepnęła Ala nostaglicznie
-I księcia na białym koniu!– dodałam z zapałem robiąc rozmarzoną, niewinną minkę
-I ślubu jak z bajki
-Pięknej balowej sali....
- I oczywiscie ogromnej białej sukni z milionem falbanek i koronek
-Przestań- prychnęłam lekceważąco dając jej lekkiego kuksańca pod żebra- wyglądałabyś jak olbrzymia, przesłodzona beza
-No i co z tego? Byłabym najszczęśliwszą bezą pod słońcem - odparła  zwijając się ze śmiechu- a marzenia są po to żeby je spełniać. Nawet jak są trochę głupie..
-No to mamy problem. Zawsze marzyłam o teleportacji.
Roześmiałyśmy się zapominając przez chwilę o otaczajacym nas świecie. Ala od zawsze była mi bardzo bliska. Znamy się od dziecka. Jesteśmy nierozłączne.
-Pytałaś go dlaczego nie chce?
-Uważa że to za wcześnie... że mamy jeszcze całe... wieki czasu...i że nie ma kasy na pierścionek
-Hmm.. –odparłam elokwentnie kiwajac ze zrozumieniem głową - to dość  rozsądny argument. Taki pierścionek kosztuje kilka stów.
-Tiaa... Wczoraj kupił sobie motor.
-Ah.. to całkiem zmienia postać rzeczy
-I kask, i kurtkę i jeszcze jakieś tam pierdółki ale się nie znam na tych diabelskich urządzeniach.
Było mi jej żal, widziałam jak po policzkach spływały jej łzy, które wycierała ukradkiem. Była jeszce większą romantyczką ode mnie i wiedziałam że ślub był zawsze jej marzeniem numer jeden.
-Alusia... On na pewno cie kocha.. pewnie przygotuje świetne, niesamowite oświadczyny w wakacje. Mówię ci
Podniosła głowę. Uśmiechnęłam się lekko ale ona posłała mi w odpowiedzi pełne pogardy spojrzenie.
-Tak samo mówiłaś w zeszłym roku-wycedziła przez zaciśnięte zęby
-Ajć. Faktycznie. Przepraszam Ala... Nie wiem co powiedzieć...
-Dlaczego ja robię dla niego wszystko a on nie może zrobić tej jednej rzeczy? Czemu twierdzi że chce być ze mną, mówi że będziemy mieli domek z drewna i inne bzdety a nie chce zrobić tego kroku? Nie jest pewny? Nie kocha mnie? Czeka na inną? Ciągle mówi że mamy przed sobą całą wieczność....Ja nie chce czekać... Nie chce być już dłużej panną Trybicką, chce być panią Bieroza.!- Z jej oczu lały się już potoki łez- czemu oszukuje mnie że nie ma pieniędzy a kupuje tyle innych rzeczy? Przecież nie oczekuje pierścionka z Paryża za milion euro i brylantem wielkości pięści!!!
         Dobrą godzinę zajęło mi przekonywanie Ali, że to nie jest jej wina i odwodzenie jej od pomysłu oświadczenia się Pawłowi. Była jednak tak samo uparta jak ja, więc nie było to łatwe zadanie. Obiecała zadzwonić do mnie jak tylko porozmawia z nim na poważnie i wszystko sobie wyjaśnią.

      

(2)dziwne...

Nigdy nie byłam w sytuacji bez wyjścia... Nigdy też nie musiałam wybierać między dobrem a złem... Dopóki go nie poznałam...
 Było chłodno i wilgotno. Stałam samotnie na ciemnej, ciasnej i śmierdzącej uliczce w Szulcach. Mrużyłam oczy starając się przeniknąć ciemność otaczającą mnie z każdej strony. To była najmroczniejsza noc jaką pamiętam. Jakiej nie sposób opisać. Na ulicy na której stałam nie było ani jednej latarni. Podniosłam oczy by spojrzeć na spowite burymi chmurami niebo. Przez ich gęstą, lepką zasłonę nie przedzierał się nawet najmniejszy promień księżyca. Gwiazdy ukryły się w ciemnym fartuchu nocy...  Mrok otulał mnie swoim chłodnym, czarnym płaszczem. Nie było nic, tylko ciemność. Wszędzie. Na ulicy, w mojej głowie, w mym sercu i w mojej duszy. Gwałtowny powiew mroźnego wiatru potargał mi włosy. Zniecierpliwiona odgarnęłam niesforny kosmyk za ucho.
Usłyszałam kroki. W ciemności moje zmysły były wyostrzone. Nie mogłam się do tego przyzwyczaić... Wstrzymałam powietrze.  Nie myślałam o tym co się stanie. Co musi się stać. Bałam się. Każda komórka mojego ciała trzęsła się ze strachu. Przez żołądek przechodziły bolesne skurcze. Przygryzłam z całej siły dolną wargę. Poczułam w ustach słony, lekko metaliczny smak krwi. Nigdy nie zastanawiałam się nad potęgą miłości. Ale teraz w głowie kołatały mi się miliony niespokojnych myśli. Dokąd gna mnie to szaleństwo? Czy to się wreszcie skończy?
Powolnym krokiem zbliżała się do mnie ofiara. Wzięłam głęboki wdech przez nos pozwalając by rześkie, nocne powietrze wypełniło mi płuca. Niestety łomoczącego serca nie potrafiłam opanować. Zacisnęłam mocniej spoconą dłoń na rękojeści noża i ponownie wstrzymałam powietrze.

Byłam gotowa

by za kilka chwil

z zimną krwią

zabić.

(1)...

,,W świecie nienawiści, gdzie jedna noga kopie drugą, ręka drapie drugą rękę, najrozsądniej jest uciec w miłość”
Ks. Jan Twardowski



„Dobro jest dobrem
A zło jest złem
Sprawiedliwość jest dobra
a niesprawiedliwość złem
Miłość jest dobra i miłość jest zła
Więc dobro jest złem a zło jest dobrem”
Janusz Radek